Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 kwietnia 2014

"Star Wars: The Old Republic: Revan" - Drew Karpyshyn - Biblioteka Krainy

Jestem wielkim fanem Gwiezdnych Wojen w każdej postaci: filmy, gry, książki, a nawet zabawki. O moich zainteresowaniach dobitnie świadczą m. in.: kolekcja figurek, jaka zdobi moje półki, czy hełm Shadow Stormtroopera, że o przynależności do Polskiej Społecznosci Mandalorian - Manda'Yaim z pełną zbroją mandaloriańską nie wspomnę. Jednak nie jest to miłość bezgraniczna. Filmy są naiwne i radośnie głupiutkie, pełne nieścisłości, które łatają książki. Niestety gro książek wydawanych pod logiem Gwiezdnych Wojen są czytadłami pisanymi głównie dla rozwinięcia świata, by nie rzecz - dla kasy. Jednak zdarzają się perełki. Pozycje pióra Zahn'a, Traviss czy właśnie Karpyshyn'a warte są poświęcenia im kilku dłuższych chwil.

Po przeczytaniu Rebelii musiałem zmienić klimaty, a ponieważ na biurku leżała książka Revan, wybór był oczywisty (zresztą małżonka przeczytała książkę wcześniej i radośnie zdradzała mi kolejne zawiłości scenariusza). Dodatkowo choroba sprzyjała zagłębieniu się w lekturę. Na tyle, że książkę skończyłem w jeden dzień, a co przy naszej pełnej wigoru córce łatwe nie bywa. 

Darth Revan to postać znana z gry Knights of the Old Republic, rewelacyjnej gry RPG rozgrywającej się około 3000 lat przez zdarzeniami znanymi z Nowej Nadziei. Książka Star Wars: The Old Republic: Revan jest nie tylko kontynuacją losów Revana ze wspomnianej gry ale jest również idealnym łącznikiem ze scenariuszem właśnie dedykowanemu tytułowi gry MMO. 
Z dużymi obawami podchodziłem do tej książki, bo przecież jak można stworzyć powieść na podstawie gry i to jeszcze MMO? A okazuje się, że można i to całkiem nieźle. Fabuła idealnie uzupełnia narrację, z którą gracze The Old Republic spotkają się podczas specjalnych zadań zwanych Flashpoint. Jakież było moje zaskoczenie, gdy razem z Laures i dwoma innymi graczami przebijaliśmy się w poszukiwaniu części droida bojowego HK-47, gdy to gra zaserwowała nam scenariusz z wydarzeniami o których miałem okazję czytać właśnie w książce Karpyshyn'a. Wspomnienie o jakich wydarzeniach mowa było by zdradzeniem fabuły nie tylko książki, ale i Flashpoint'a, ale jeśli macie okazję, to zagrajcie w "The False Emperor " bo warto. 

Największym atutem książki jest bohater wokół, którego prowadzona jest narracja, jego podejście do rozumienia Mocy oraz wdrażanie go w życie. Książkę czyta się szybko i bardzo przyjemnie, gdyż akcja jest dynamiczna i nie przynudza. Wątki poboczne łączą się w zgodny obraz przyczynowo-skutkowy. 

Star Wars: The Old Republic: Revan jest chyba jedną z lepszych książek ze świata Gwiezdnych Wojen jakie czytałem. Nie tylko świetnie uzupełnia Knights of the Old Republic, ale rozwija wątki z gry MMO The Old Republic. Naprawdę rzadko się zdarza, że książki na podstawie gier są dobre. Ale Revan wybija się z tego schematu. Szczerze polecam, zwłaszcza fanom czasów Starej Republiki.

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.

środa, 5 lutego 2014

W poszukiwaniu czynnika M - Star Wars: Battlefront [PC]

I oto przed nami kolejny tekst dotyczący gier ze świat Star Wars. Dziś gra, która starała się pokazać Uniwersum Gwiezdnych Wojen z innego punktu widzenia, czyli genialny Battlefield... przepraszam, Battlefront w wersji na PC. Oczywiście opis ten powstał na zlecenie Manda'Yaim, czyli Polskiej Społeczności Mandalorian. Zapraszam.

Star Wars: Battlefront (złośliwie nazywane Star Wars: Battlefield - nie bez przyczyny zresztą) miało swoją premierę pod koniec roku 2004 na wiodące w ówczesnym czasie platformy. I jak dla mnie kupiło moje malutkie serduszko gracza od samego początku. NARESZCIE mogłem zagrać tymi "złymi" w białych pancerzach i dziesiątkować renegatów próbujących się oprzeć nieprzejednanej woli Imperatora w myśl fałszywej ideologii Starej republiki opartej o wyimaginowane poczucie wolności. A co! Mało tego, jakby Imperium mnie wcieliło w swoje szeregi to byle chłoptaś z jakiejś zapiaszczonej planety by mógł co najwyżej odganiać swoją farmę od Jawów, a nie Imperium obalać.
Nie było machanie świecącymi kijami od szczotek, była czysta kwintesencja potyczki ograniczonej do starć dwóch armii. I powiem Wam, że takie ukazanie Star Wars było genialne. 
Klon klona klonem pogania.Star Wars: Battlefront to wręcz kalka Battlefield'a. Co wręcz wyszło grze na dobre, bo korzystała i uczyła się od najlepszego przedstawiciela gatunku strzelanin po sieci w tamtym czasie(z góry przepraszam fanów Counter Strike'a -ale to ten typ rozgrywki był bliższy memu sercu ;) ) . Bo właśnie to była kwintesencja tej gry - potyczki sieciowe. fakt istniała opcja gry dla pojedynczego gracza. Jednak składała się ona z szeregu misji, mniej lub bardziej związanych z fabułą filmów lub walce z botami  celem poznania map ( co w porównaniu do obecnych tego typu gier i tak jest bardzo dużo jak dla samotnej rozgrywki).
Ciekawa konstrukcja map oraz zrównoważone klasy dawały naprawdę sporo radości. Można było (w przypadku mapy: Bespin - Platforms) nawet skorzystać z latających pojazdów jak X-Wing, czy Tie-Fighter lub wspierać naszych kolegów pilotów z poziomu gruntu ostrzeliwując wroga z dział stacjonarnych lub rakietami. Od czasu do czasu, na niektórych mapach pojawiał się jakiś bohater, który był raczej wsparciem niż grywalną postacią.
Klasy postaci, niezależnie od strony konfliktu skupiały się wokół: Żołnierza podstawowego (takie mięso armatnie z balsterem w ręku), Żołnierza z ciężką bronią (zazwyczaj była to jakaś rakietnica), Inżyniera (pełniącego ogólną rolę wsparcia sypiącego na około apteczkami i amunicją oraz  naprawiającego co się da - występującego w wariacji pilota), Snajpera (nazwa dość wymowna co do roli jaką pełni na polu bitwy) oraz Jednostki specjalnej (zazwyczaj dość mobilnej, jednak wyposażonej w ograniczenia dotyczące np. broni i jej skuteczności). W zależności od upodobań do stylu gry można było sobie dobrać klasę swojego wojaka. Tak teraz jak i w 2004 roku podział takie nie był niczym odkrywczym, był dobrym wykorzystaniem utartych schematów. 
Świat widziany oczami szturmowca.Graficznie gra dziś nie powala, jednak w 2004 roku Star Wars: Battlefront wyglądał bardzo dobrze. Zresztą do tej pory z sentymentem wspominam wielogodzinne bitwy, bo były one bardzo efektowne oraz nasycone klimatem i robiły ogromne wrażenie. Bitwa na Hoth, czy pojedynek na Bespin potrafiły rozbudzić wyobraźnię.
Samo nagłośnienie zasługuje na wyróżnienie, ale co się dziwić skoro to gra ze stajni LucasAtrs, co na dzień dobry gwarantuje wręcz orgastyczne odczucia audio. Fani Gwiezdnych Wojen, a zwłaszcza muzycznej strony Mocy znajdą w grze wiele miłych dla ucha motywów.
Ciekawostką były fragmenty filmów pojawiające się pomiędzy misjami w scenariuszu dla jednego gracza.
Pod kątem grafiki i oprawy muzycznej gra może dziś nie zachwyca (zdecydowanie lepiej prezentuje się druga część serii), ale ma swój urok.  
Czynnik M.I tu pojawia się dość ciekawa sytuacja. Gdyż z jednej strony nie uświadczymy tu ani Boby lub Jango Fett'a, ale pojawia się przecież cała frakcja Wielkiej Armii Republiki, która to była przecież genetycznymi klonami Jango (jak wszyscy wiemy - prawda?), a w związku z tym mamy też niemały udział Temuera Morrisona (Honorowego członka Manda'Yaim), który całej armii podłożył swój głos.
Zresztą sama rozgrywka w moim mniemaniu sprzyja iście Mandaloriańskim zadaniom. Bo jak wcześniej wspomniałem Star Wars: Battlefront obfituje walkę kontaktową, czyli kwintesencję wojny między kluczowymi frakcjami całej filmowej Sagi. A przecież to Mandalorianie robią najlepiej - walczą.  
Podsumowanie. Gra warta jest uwagi. Choć obecnie raczej pozostają nam jedynie potyczki po serwerach lokalnych lub z botami, bo chyba oficjalne wsparcie dla tego tytułu już dawno przestało istnieć. A powalczyć mamy gdzie bo do dyspozycji graczy jest 17 map, dobrze zaprojektowanych i posiadających masę filmowych smaczków. Sentymentalnie gra potrafi uwieść na długie godziny nawet teraz. Mandaloriaśnko, poza klonami i Temuerą Morrisonem oraz sposobem samej rozgrywki jest umiarkowanie.  
Od czasu kiedy pierwszy raz zagrałem w ten tytuł minęło naprawdę wiele czasu. A najciekawsze jest, że do tej gry nadal mam ogromny sentyment i czasem łapię się, że niektóre tytuły współczesne zwyczajnie porównuję do Battlefront'a. No cóż, może to magia sentymentu, ale tytuł ten w prywatnym moim rankingu strzelanin stoi na bardzo wysokiej i mocnej pozycji.

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.

piątek, 31 stycznia 2014

W poszukiwaniu czynnika M - Star Wars: Bounty Hunter [PS2]

W ramach prac nad Encyklopedią Gier dla Polskiej Społeczności Mandalorian - Manda'Yaim zostałem zobowiązany do napisania tekstu na temat gry o dość wymownym tytule Bounty Hunter. Szybkie zakupy na serwisie aukcyjnym i wersja tego tytuły na PS2 trafiła w moje ręce. Po kilku chwilach z ta gra zacząłem się zastanawiać, jakim cudem wcześniej nie miałem z nią do czynienia.

Techniczny wstęp.
Nim przejdziemy do właściwego tekstu wstępnie chciałbym wyjaśnić kilka kwestii. Star Wars: Bounty Hunter została wydana na dwie konsole: Playstation 2 oraz Game Cube. Pomimo, że mam możliwość na swoim Wii odpalić tytuły z poprzedniej generacji konsol Nintendo to zdecydowałem się na zakup wersji na PS2. Dlatego, że moja konsola PS3 jest wstecznie kompatybilna, a dodatkowo posiada ciekawą opcję wygładzania grafiki, dzięki czemu gra wygląda zdecydowanie lepiej.  
My name is Fett, Jango Fett.
Star Wars: Bounty Hunter to tytuł wydany w 2002 roku głównie na konsole, przez co w naszym kraju raczej nie zdobył dla siebie należytego miejsca w annałach historii gier. A szkoda, bo gra nawet dekadę po swojej premierze jest warta uwagi. Gameplay przypomina ten znany z Star Wars Jedi Academy, pod tym kątem, że akcję obserwujemy z perspektywy trzeciej osoby. W przeciwieństwie do wspomnianej Akademii Jedi nie dysponujemy tu Mocą czy elegancką bronią na bardziej cywilizowane czasy. Nie, tutaj wcielamy się (jak sam tytuł sugeruje) w łowcę nagród - Jango Fett'a. Do dyspozycji mamy oręż bardziej typowy dla Mandaloriańskiego twardziela. Mamy blastery, palniki, strzałki usypiające oraz linę. Dzięki takiemu wyposażeniu nasz Bounty Hunter może sporo nabroić w szeregach wrogów.  
Żywy lub martwy, idziesz ze mną.
Akcja gry rozgrywa się po wydarzeniach przedstawionych w Epizodzie I, a przed rozpoczęciem Epizodu II. Jango Fett jako łowca nagród ma za zadanie schwytać przestępcę imieniem Meeko Ghintee na zlecenie Rozatty. To pierwsze zlecenie staje się nie tylko tłem, co wprowadzeniem do wydarzeń przez jakie będziemy musieli przebrnąć. W trakcie wykonywania kolejnych zleceń     (m. in. tych od Darth'a Tyranusa) poznamy tło wydarzeń jakie swoje odzwierciedlenie będą miały w Ataku Klonów.  
Star Wars: Bounty Hunter to gra bardzo dynamiczna. Perspektywa trzeciej osoby sprawia, że walka wygląda wyjątkowo emocjonująco i jest satysfakcjonująca. Choć prywatnie początkowe etapy gry były dla mnie udręką, gdyż musiałem się przyzwyczaić do sterowania. Naprawdę nie wiem co kierowało twórcami gry by wykastrować ustawienia gry z możliwości odwrócenia osi poziomych w sterowaniu. Co w tym złego? Cholery jasnej dostawałem, gdy szybko chciałem zmienić widok i spojrzeć przykładowo w lewo (odchylając drążek sterowania odruchowo w tym kierunku), a kamera pokazywała mi przeciwną stronę. Oczywiście to kwestia przyzwyczajenia, ale do momentu zakodowania sobie tego w umyśle, dla mnie były to katusze i jednocześnie największa wada gry.  
Sama walka poza dynamiką wprowadza kilka ciekawych rozwiązań. Jako, że gramy jednym z lepszych łowców nagród, nasz bohater może schwytać dodatkowe cele. Nie jest to wymagane, a jedynie opcjonalne zadanie, ale cześć postaci poruszających się po planszach ma własne listy gończe. Korzystając ze specjalnego skanera sprawdzamy danego klienta. Jeśli jest na niego zlecenie zazwyczaj mamy dwie opcje, możemy poszukiwanego dostarczyć jako żywego (większa nagroda) lub martwego (kredytów za głowę będzie połowę mniej). Jak dla mnie bardzo klimatyczna zabawa i trzymająca poziom oraz w dość ciekawy wymuszający na graczu szukanie dość specyficznych "znajdziek"  
Star Wars: Bounty Hunter graficznie i dźwiękowo prezentuje się nad wyraz dobrze. Oczywiście tytuł postarzał się jednak zrobił to z godnością. Jakość tekstur nie razi po oczach, a wykonanie filmów może zaskoczyć, bo wyglądają naprawdę dobrze. Podobnie zresztą muzycznie i dźwiękowo prezentuje się bardzo dobrze co zresztą było wizytówką LucasArts. Smaczku dodaje również fakt, że głosu głównemu bohaterowi udziela Temuera Morrison, czyli filmowy Jango Fett i honorowy członek Manda'yaim.  
Być jak Jango Fett.
Ten tytuł jest kwintesencję tego co powinny mieć gry robione pod fanów Mandalorian. Nasycenie czynnikiem M jest tak gęste, że tytuł powinien być ogrywany obowiązkowo przez KAŻDEGO fana Mandalorian. Nieznanie tej gry powinno być powodem wręcz do wstydu. Star Wars Bounty Hunter to tytuł obowiązkowy. Nie tylko dlatego, że broni się genialnym systemem walki, bardzo dobrą grafiką i udźwiękowieniem ale przede wszystkim, że pozwala nam się wcielić w protoplastę wszystkich klonów i najtwardszego łowcę nagród w galaktyce. Prywatnie napiszę, że zaszczytem było dla mnie grać w tą grę i móc poczuć ten klimat. Bo polowanie na świetnie zaplanowanych mapach, połączone z dodatkowym wyłapywaniem zleceń daje naprawdę sporo satysfakcji. Tak, gra ma błędy. Praca kamery potrafi doprowadzić do pasji, ale gdy opanujemy sterowanie (a raczej przyzwyczaimy się do niego) czeka nas sporo godzin wyśmienitej zabawy. Jeśli uważasz się za fana gier i Mandalorian - to musisz mieć ta grę na półce. Musisz. 

Dla mnie w prywatnym rankingu Star Wars: Bounty Hunter zawędrował dość wysoko w rankingu gier. A przyznam, ze nie spodziewałem się tego, bo gra gdzieś lata temu mi zwyczajnie umknęła. gdybym miał wystawiać ocenę to była by to 5+/6. Dlaczego niepełna szóstka? Przez tą piekielną kamerę.

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.



środa, 8 stycznia 2014

W poszukiwaniu czynnika M - Star Wars: Republic Commando [PC]

Ku mej niekrytej radości prace nad Encyklopedią Gier dla Polskiej Społeczności Mandalorian - Manda'Yaim trwają dalej. A co za tym idzie trafiła mi się okazja napisania o kolejnych kilku tytułach. Dziś gra dość szczególna dla mnie, ze względu na tematykę, wykonanie i historię. Przedstawiam Star Wars: Republic Commando opisaną moim subiektywnym zdaniem.

Star Wars: Republic Commando zadebiutowało na rynku w 2005 roku i zmieniło podejście do gier w klimatach Gwiezdnych Wojen. Nie było tu machających mieczami świetlnymi i wszechmocnych Rycerzy Jedi, czy Sithów (znaczy się byli, ale to nie oni byli głównymi bohaterami), nie patrzyliśmy również na pole bitwy oczami szeregowego żołdaka, w potyczkach sieciowych. Jak sam tytuł wskazuje dane nam było wcielić się w Komandosa Republiki. Najlepszego z najlepszych, specjalistę od zadań niewykonalnych, specjalnie wyhodowanego i wyszkolonego klona z Oddziału Delta.   
Sev, Scorch, Fixer... i ja.  
Naszemu głównemu bohaterowi (nazywanemu wymownie Boss) towarzyszymy od momentu uzyskania świadomości w komorze w której dojrzewał, jako klon Jango Fett'a. Następnie widzimy kilka wycinków z jego wczesnego życia, treningu, otrzymania pancerza Katarn... hełmu. Poznajemy naszych towarzyszy broni i braci, z którymi przyjdzie nam ruszyć w bój 
A zaczynamy z przytupem, bo od pierwszej wielkiej bitwy Wielkiej Armii Republiki, czyli Genosis. Jednak nie walczymy w pierwszej linii, naszym zadaniem jest infiltracja, sabotaż i eliminacja celów o wysokim znaczeniu. Powiadają, że komandosi są w stanie sami wygrać wojnę. I coś jest w tym stwierdzeniu, gdyż Oddział Delta zrzucony na tyły wroga potrafi sporo nabroić w szeregach wrażych sił. Misje są dynamiczne i obfitują w zróżnicowane zadania. Na szczęście nasi towarzysze broni są odpowiednio wyspecjalizowani i przygotowani. Fixer jest lojalnym żołnierzem i genialnym hakerem, Sev to urodzony morderca i rewelacyjny strzelec wyborowy, a Scorch pełni rolę eksperta od materiałów wybuchowych oraz potrafi rozładować atmosferę swoimi często trafnymi i dowcipnymi  komentarzami. Historia jest może i banalna, bo to oddział komandosów ma zapewnić wsparcie Wielkiej Armii Republiki sabotując działania wroga na jego tyłach. Jednak w następnych rozdziałach mamy okazję odwiedzić zagubiony okręt Republiki i odkryć jego mroczną tajemnicę (i tu kłania się klimat Obcego) lub przygotować inwazję i zjednać sobie sojuszników na Kashyyk. Wszystkie wydarzenia dzieją się w tle filmowego "Ataku Klonów" i kończą się mniej więcej przed "Zemstą Sithów". Wszystko w gęstym i miodnym klimacie taktycznej strzelaniny z pierwszej osoby. Gdyż nie tylko liczą się nasze umiejętności walki ale również rozeznanie w sytuacji, bo to my jesteśmy dowódcą i to my musimy wydawać naszym podkomendnym odpowiednie rozkazy. A tych mamy kilka, od zajęcia pozycji snajperskiej, przez hakowanie urządzeń i podkładanie ładunków burzących po oczyszczanie pomieszczeń.
Gdybym musiał porównać grę do jakiegoś starszego tytułu to przypomina ona SWAT 3 i Rainbow Six. Gdyby nie perspektywa pierwszej osoby można pokusić się o porównanie jej do Ghost Recon: Future Soldier.
Gdy pierwszy raz miałem okazję odpalić ten tytuł (a było to na długo przed tym jak miałem okazję przeczytać książki o Komandosach Republiki) kupił mnie klimat tej produkcji.  
 
Oczami klona. 
Oprawa wizualna pomimo tego, że nadgryzł ją już ząb czasu nadal potrafi cieszyć oko. Zwłaszcza drobnymi szczegółami jak perspektywa z wnętrza hełmu klona oraz interfejsem tam zamontowanym. Mnie prywatnie ucieszył drobiazg w postaci "wycieraczki" pojawiający się w momencie gdy nasz wizjer jest już dostatecznie upaćkany wydzielinami z ciał oponentów. Niby drobiazg, a cieszy.
Udźwiękowienie, jak przystało na produkcje LucasArts jest na tak wysokim poziomie, że soundtrack z tej gry można traktować na równi z tymi z Klasycznej Trylogii. Same głosy postaci to istny majstersztyk, mroczny głos Sev'a, lekkie komentarze Scorcha i zwięzły oraz żołnierski ton Fixer'a dopełniają klimatu. Jednak perełką jest głos Boss'a, gdyż podkłada go sam odtwórca Jango Fett'a - Temuera Morrison (jednocześnie honorowy członek Polskiej Społeczności Mandalorian - Manda'Yaim). 
 
Vode an 
Star Wars: Republic Commando to najbardziej Mandaloriańska gra w jaką kiedykolwiek grałem. Jest to tytuł, który szanujący się fan Mandalorian i ich kultury powinien mieć. Dlaczego? Zacznijmy od klimatu. Działania wyspecjalizowanych grup klonów-komandosów szkolonych przez Mandalorian. Walka ramię w ramię z naszymi nomen omen braćmi, nie tylko broni. Dodatkowo możliwość popatrzenia na wirtualny świat zza wizjera o dość charakterystycznym kształcie. Dynamika starć, wspieranie się komandosów oraz sam charakter misji tworzą tytuł w który warto zagrać. Historia, pomimo tego, że nie bryluje oryginalnością jest wciągająca i kończy się wyjątkowo mocnym akcentem.
Poza tym ścieżka dźwiękowa z utworem o dość wymownym tytule "Vode an" (co w przełożeniu z Mando'a oznacza mniej więcej - "Bracia wszyscy") i głosem Temuery Morrisona tylko pogłębia ten jedyny w swoim rodzaju klimat.
Nasycenie czynnikiem M, świadczącym o swojej wartości dla osób lubujących się w kulturze Mandaloriań jest tak ogromne, że wychodzi z każdego piksela na ekranie. To naprawdę mocy tytuł broniący się dodatkowo swoją grywalnością . Oczywiście Republic Commando nie jest pozbawiona wad, jednak jej zalety i niepowtarzalność choć na chwilę pozwolą  się wcielić  w ciało żołnierza do zadań specjalnych wyhodowanego z DNA Jango Fett'a. 


Dla mnie Star Wars: Republic Commando jest tytułem do którego wracam, pomimo wcześniejszego ukończenia go. Bo przyjemność z usłyszenia tej muzyki, głosów i poczucia tego klimatu jest bezcenna. Zwłaszcza jeśli jest się członkiem Manda'Yaim ;) oraz fanem wszystkiego co z Mandalorianami związane.

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.

piątek, 20 grudnia 2013

W poszukiwaniu czynnika M - Star Wars The Force Unleashed [PS3]

I oto przed nami kolejny (i chyba ostatni z tej serii) tekst dotyczący poszukiwać Czynnika M w grach ze świata Star Wars. Dziś gra która pokazała świat Gwiezdnych Wojen z innej strony. Tytuł, który nie tylko ukazał początki Sojuszu Rebelii ale również pozwolił nam się wcielić w... ucznia Darth'a Vader'a - Star Wars The Force Unleashed.
Oczywiście opis ten powstał na prośbę Manda'Yaim, czyli Polskiej Społeczności Mandalorian. Dlatego też skupiam się tutaj na obecności tego czegoś co może być atrakcyjne dla ludzi lubiących i wyznających zasady Mandalorian. Zapraszam.

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że opis The Force Unleashed dotyczy premierowej edycji gry wydanej na konsolę PS3. Zatem pomijam tu DLC jakie pojawiły się po premierze, a wprowadzały poza dodatkowymi misjami również pakiet kostiumów, w tym Jango Fett'a. Pomijam również rozszerzenie gry do wersji Ultimate Sith Edition, gdyż ten dodatek DLC zupełnie zmieniał zakończenie wersji podstawowej. Dziś skupię się na grze i jej wydaniu, które skradło serce graczy na całym świecie. 
Star Wars The Force Unleashed zmienił podejście do gier osadzonych w tym Uniwersum. Delikatnie swoją formułą nawiązywał do Jedi Academy jednak rozwijał aspekt zręcznościowy kosztem rozwoju postaci. Fakt, twórcy gry dali nam możliwość wzmacniania swojej postaci w kolejne umiejętności, ale był to raczej dodatek niż kwintesencja gry. W The Force Unleashed chodziło o to by było dynamicznie, efektownie i (tak napiszę to z pełną odpowiedzialnością) EPICKO. Gra robiła to wszystko cholernie dobrze. Przygodę zaczynamy w iście Hitchcockowskim stylu. nasze pierwsze kroki w grze stawiamy jako Vader. Odwiedziny ucznia Imperatora na Kashyyk przelewają się po planecie niczym tornado. Nasz protagonista pomimo swej zadyszki kroczy majestatycznie wśród płomieni i zniszczenia (którego w większości jest sam autorem). Wręcz czujemy tą MOC jaką dysponuje. Rajd zniszczenia zwieńcza starcie z Jedi, który to postanowił osiąść wśród Wookiee. I to właśnie pod koniec owego starcia mamy okazję poznać naszego właściwego protagonistę, czyli Starkillera (znanego też jako Galen Marek). 
Historia. W The Force Unleashed wcielamy się w sekretnego ucznia Darth'a Vader'a (tak sekretnego, że nawet sam Imperator "teoretycznie" o tym nie wiedział), który to jest jego "chłopcem od mokrej roboty". Podobnie jak we wspomnianym wcześniej Jedi Academy naszym zadaniem będzie wykonywanie misji zleconych nam przez naszego mistrza. Tyle, że tym razem to misje polegają na eliminacji celów za wszelką cenę. Zabicie generała opozycyjnych sił bez pozostawienia świadków - nie ma sprawy. Co z tego, że będziemy razy rozdawać po równo opozycji jak i Imperialnym Szturmowcom... grunt by było efektownie (niekoniecznie logicznie). Pomimo kilku wpadek scenariusz jest naprawdę niezły. Mamy zdradę, pasję, wątek miłosny i to co osobiście uwielbiam w grach... motyw zemsty. Zrealizowane jest to z takim rozmachem, że te drobne nieścisłości scenariusza bledną. Ciężko jest przytoczyć cokolwiek bez zdradzania fabuły ale zwrot akcji jaki fundują nam scenarzyści, pomimo iż jest dość przewidywalny potrafi wywołać delikatny dreszcz podniecenia. 
Rozgrywka. Starkiller, jak przystało na ucznia Vader'a uzbrojony jest w miecz świetlny (dopiero w kontynuacji dorobił się drugiego), który to zwykł trzymać w odrobinę odmienny sposób - styl walki Ahsoki Tano z The Clone Wars ewidentnie był wzorowany na The Force Unleashed. Dzięki temu walka wygląda dynamicznie, a nasz protagonista stwarza wrażenie twardego skurczybyka co to kaszkę mannę bez cukru jadał z niejednej miseczki. Poza mieczem świetlnym Galen Marek potrafi dość znacznie operować MOCĄ. Coś tam pchnie, kogoś tam uniesie, czasem w locie zgniecie Tie-Fightera czy z czasem nauczy się jak sprowadzić na ziemię Star Destroyer'a. Takie operowanie MOCĄ daje sporo możliwości taktycznych. Można oponenta unieść w powietrze i rzucić w niego mieczem albo posłać go w diabły poza krawędź przepaści lub rzucić nim w kolegów. Ogranicza nas w zasadzie tylko wyobraźnia i sadystyczne zacięcie do destrukcji. Denerwują cię krążące wokół Tie-Fightery? Nie ma sprawy, możesz jeden z filarów odpowiednio, za pomoca MOCY wysunąć i poczekać aż myśliwiec o niego sam zahaczy.
Poza mięsem armatnim Imperium i Rebelii spotkamy też kilku innych wrogów. Mamy okazję spotkać się z Rancorem, AT-ST, czy innymi Jedi (słabo wyszło to wykonanie rozkazy 66). Gra się dynamicznie i w niezmiernie satysfakcjonujący sposób, ale zdarzają się momenty, gdy mamy ochotę pogryźć pad (zwłaszcza pod koniec gry). 
Czynnik M. I tu muszę rozczarować osoby szukające w grze nasycenia Mandalorianami. Edycja premierowa ma tutaj Czynnika M tyle co kot napłakał. Fakt, gra się galaktycznym twardzielem co się blasterom nie kłania, ale motywów nawiązujących do Mandalorian jest niewiele. W jednym z aktów nasz bohater przebiera się za Łowcę Nagród i zakłada na siebie strój o nazwie: "bounty hunter disguise". Ewidentnie widać, że jest to pancerz wzorowany na zbroi Mandaloriańskiej, bo posiada charakterystyczne płyty przednie, karwasze i naramienniki. Ale to jedynie drobny ukłon do fanów Uniwersum Star Wars.co prawda potem możemy tego stroju używać, ale to tak samo jakbyśmy dokupili DLC ze "skórką" Jango Fett'a. Niby jest, ale to takie naciągane. 
Werdykt. Gra jest dla mnie tytułem, który każdy fan Gwiezdnych Wojen posiadać powinien. Możliwość panowania nad MOCĄ połączona z dość charyzmatycznym bohaterem i przyjemną siekaniną jest sprawdzoną receptą na dobrą zabawę. Scenariusz pomimo, że nie powala to jest i sprawdza się całkiem dobrze mając swoje momenty. Pozwala zerknąć na akcję odrobinę od zaplecza wydarzeń, które potem miały miejsce w Epizodzie IV.
The Force Unleashed, pomimo tego, że nie ustrzegł się błędów technicznych (denerwujące sterowanie pewnymi obrotowymi obiektami za pomocą MOCY i to pod presją czasu potrafi wzbogacić słownictwo o kilka nowych przekleństw) i scenariuszowych nieścisłości, jest jednym z lepszych tytułów z logiem Star Wars w ostatnich latach. Jednak, parafrazując opis na batoniku czekoladowym, na pudełku z grą powinien znajdować się napis: "Zawiera śladowe ilości elementów związanych z Mandalorańska kulturą" jako informację dla osób szukających Czynnika M w tej produkcji.

I tym tekstem, póki co, chciałbym zakończyć moją podróż (na zlecenie Manda'Yaim) przez tytuły z Uniwersum Star Wars w poszukiwaniu Czynnika M. jednak nie żegnam się z nimi na stałe. W końcu Uniwersum to jest tak rozległe...

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.


piątek, 23 sierpnia 2013

W poszukiwaniu czynnika M - Star Wars Dark Forces [PC]

W poszukiwaniu czynnika M - czyli gry z klimatów Star Wars Mandaloriańskim okiem

Witam w kolejnym artykule stworzonym na zlecenie  Manda'Yaim, czyli Polskiej Społeczności Mandalorian będącym czymś co w przyszłości stanie swoistym zestawieniem gier ze świata Star Wars. Tym razem zgłębimy tajniki Star Wars: Dark Forces wydanej na PC, celem odszukania tajemniczego czynnika M, który jak wiadomo pozwala wyłowić w morzu cyfrowej tytuły dla twardzieli rodem z odległej galaktyki. Zapraszam.

Żywot najemnika. 
Star Wars Dark Forces to gra wydana w 1995 roku na PC działająca jeszcze w DOSie. Tytuł swoją konstrukcją oraz silnikiem graficznym (Dark Forces śmigał na silniku nazwanym Jedi, który bardzo przypominał użyty w Duke Nukem 3D silnik Bulid)przypominał inną grę wydaną w tamtym czasie i znaną jako prekursora gier FPS - Doom'a. jednak w przeciwieństwie do wspomnianego tytułu oferował dość ciekawy scenariusz osadzony w świecie Gwiezdnych wojen oraz nietuzinkowego bohatera jakim był Kyle Katarn - najemnik, a później Mistrz Jedi zasiadający w Radzie Jedi odbudowanego przez Luke'a Skywalker'a Zakonu. To własnie dzięki serii Dark Forces mogliśmy poznać losy tego bohatera. Tak, dobrze przeczytaliście serii, bo gra okazała się na tyle dobra, że powstały jej kontynuacje (które oczywiście Wam przybliżę).
Gra wrzuca nas w czas wojny domowej pomiędzy siłami Rebelii, a Imperium. Nasz bohater ostaje wynajęty przez Sojusz Rebelii by wykraść... plany Gwiazdy Śmierci. I na tym właśnie polega nasza pierwsza misja w świecie gry. W czasie tej misji nie tylko poznajemy naszego bohatera, ale metody jakich używa do negocjacji z Imperialnymi sługusami. Kyle jako najemnik, który za kredyty wspiera swoimi umiejętnościami Sojusz Rebelii ma dość bujną przeszłość. Od kariery oficera Imperium odciągnęła go śmierć rodziców spowodowana przez niedoszłych imperialnych współpracowników. Został zatem najemnikiem ( tajemniczy czynnik M delikatnie zaczyna się pojawiać, ale...) współpracującym z zemsty dla Rebelii. I tyle. Tak zawiązuje się akcja, która stawia naszego protagonistę naprzeciw nowej broni Imperium - projektowi Dark Trooper.
Gra jest bardzo klasycznym shooterem, faktycznie kojarzącym się z Doom'em. Jednak technicznie jest bardziej zaawansowana od swojego prekursora i zwyczajnie lepsza. Ma linię fabularną (i to całkiem niezłą) oraz rozwiązania o których grający w Doom'a mógł pomarzyć (jak choćby mgła generowana przez silnik). Dark Forces wprowadziła kilka rozwiązań, które w tamtych czasach były novum w świecie gier. Między innymi mój ulubiony drobiazg, jak broń umieszczona lekko pod skosem z prawej strony, a nie na środku ekranu. Ale przede wszystkim ma naprawdę fajny i wciągający scenariusz (w późniejszych latach grając w Final Fantasy VII zauważałem bardzo duże zbieżności między postacią Cloud'a i Kyle'a - czyżby przypadek?).
Nasycenie czynnikiem M.
A ile w tej grze jest zabawy dla prawdziwych Mandaloriańskich wojowników? Pomijając techniczny majstersztyk połowy lat 90-tych, który nie tylko zdobył uznanie wśród prasy branżowej ale i graczy gra prezentowała naprawdę trudną i wymagająca rozgrywkę. Nie było tu miejsca dla leszczy kryjących się po kątach by zregenerować sobie pasek "życia". Zasady były proste my i oni, a jako poparcie naszej wyższości blaster E-11. Miłym akcentem było spotkanie z Bobą Fett'em. Fakt przebiegało ono w mało radosnej atmosferze, ale można było się wymienić kilkoma celnymi strzałami oraz pokazać sobie skuteczność różnych rodzajów blasterów. Zatem poza spotkaniem z ikoniczną postacią Boby Fett'a oraz wcielenia się w postać twardego najemnika niewiele tu akcentów typowo mandaloriańskich. Jednak sama gra jest sporym wyzwaniem, zwłaszcza we współczesnej dobie skryptów oraz ogólnego upraszczania gier co powinno cieszyć wojowników rządnych wyzwań.
Podsumowanie. 
Gra dla mnie to pozycja obowiązkowa na dysku, zwłaszcza, że w obecnej chwili dostępna jest w dystrybucji cyfrowej za przysłowiowe grosze. Naprawdę warto popatrzyć na nią przychylnym okiem, bo tytuł niestety zestarzał się okrutnie i kanciastością tekstur może kłuć w oczy. Przede wszystkim jest to genialna historia, która pokazuje nam jak to rozpoczęła się droga Kyle'a od najemnika do Mistrza Jedi. Bo Dark Forces to dopiero początek, a historia jest długa i zajmująca. Do zobaczenia zatem w Star Wars Jedi Knight: Dark Forces 2.

Star Wars Dark Forces pomimo swych lat i widocznej kanciastości jest dla mnie nie tylko sentymentalna podróżną do czasów mej wczesnej młodości, ale przede wszystkim szansą na zagranie w rewelacyjna grę, która zestarzała się graficznie, ale klimat pozostał.

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.

sobota, 4 maja 2013

May the 4th be with you - Steam promocjami stoi, ale kluczami leży.


Zbieżność w wymowie słynnej sentencji z Sagi Gwiezdnych Wojen w nieformalny sposób zrodziła pewną tradycję (zupełnie jak u Barei). Otóż 4-ty maja został ochrzczony dniem Gwiezdnych Wojen i od lat jest w mniej lub bardziej sposób świętowany na całym świecie ( Wydanie Sagi na Blu-Ray - miało miejsce właśnie 4-go maja :D). Platforma dystrybucji cyfrowej Steam również postanowiła uhonorować ten dzień wrzucając kilka tytułów na promocję. Ogólnie oferta dość ciekawa, zwłaszcza jak ktoś chce sobie uzupełnić kolekcję. Przyznam szczerze, że poprzednim razem gdy Steam rzucił podobną ofertą (w okolicach grudnia) zakupiłem większość interesujących mnie tytułów, teraz jednak postanowiłem uzupełnić biblioteczkę o Star Wars: Battlefront 2 oraz Star Wars: Republic Commando (nie tylko z sentymentu do serii książek, co do nowego projektu kolegi z Manda'Yaim, w którym mam zamiar uczestniczyć... wkrótce więcej szczegółów). Gry już znajdują się na dysku i pomimo odstającej grafiki dają nadal sporo radochy. 

Ale by nie było za wesoło, dziś do mnie dotarła ciekawa informacja z zaprzyjaźnionego serwisu CosyHell, otóż okazuje się, że część kluczy do gier sprzedawanych przez Steam zwyczajnie nie ma i najpewniej przyjdzie nabywcom (zwłaszcza Star Wars: Empire at War) czekać do poniedziałku na wygenerowanie ich przez producenta... Że co??? To ktoś tu grę kupuje, płaci, a potem dostaje informację: Wybacz, ale nie mamy dla Ciebie klucza... dostaniesz go może w poniedziałek. 
Czyżby Steam pozazdrościł wtopy Ubisoft? Nieładnie sprzedawać coś, czego się nie ma. 


Szkoda tylko, że nie widać na stronie promocji : http://store.steampowered.com/sub/25772/ których to dokładnie kluczy już nie ma, zatem poza radością wydawania złotówek czeka nas jeszcze dreszcz emocji... będzie mój klucz, czy też nie. Jednak tak prywatnie mam wrażenie, że to chyba nie o to chodzi w wyprzedażach. 

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.

PS. Przypominam i zapraszam do rozdania, Medal of Honor: Warfighter czeka!

środa, 5 grudnia 2012

W poszukiwaniu czynnika M - Star Wars Battlefront: Renegade Squadron [PSP]

W poszukiwaniu czynnika M - czyli gry z klimatów Star Wars Mandaloriańskim okiem

Witam w kolejnym artykule stworzonym na zlecenie (prośbę popartą groźbą ocierającą się o granice karalności) Manda'Yaim, czyli Polskiej Społeczności Mandalorian. Tym razem zagłębimy się w cyfrowe odmęty Battlefront: Renegade Squadron, oczywiście  na konsolę PSP, celem odszukania tajemniczego czynnika M, który jak wiadomo gry czyni bardziej miodne dla takich twardych graczy jak Boba Fett. Zapraszam.

Sam na sam z PSP.Czym jest Star Wars Battlefront: Renegade Squadron? To druga gra tej serii wydana na przenośną konsolę Sony, a jako pierwsza z cyklu serwowała dla pojedynczych graczy w miarę sensowną linię fabularną. Fabuła to opowieść snuta przez jednego z rebeliantów, w którego się wcielamy, połączona typowymi potyczkami na mapach zlokalizowanych na kolejnych planetach znanych nam z Uniwersum Gwiezdnych Wojen. Same potyczki sprowadzają się do eliminowania kolejnych przeciwników,  czasem wykonując jakieś zadania poboczne, w stylu zabezpieczenia punktu lub przełączenia jakiejś dźwigni. Tyle, że jest jeden zasadniczy problem w tym trybie rozgrywki. Sztuczna inteligencja kuleje. Jak u przeciwników, sprawuje się ona całkiem dobrze, bo rozkaz mają prosty - atak. Tak u naszych sojuszników jest kiepsko. Czasem miałem wrażenie, że jestem jedynym walczącym "o sprawę" rebeliantem. Zero wsparcia i zero pomocy... chyba twórcy gry za bardzo dosłownie wzięli stwierdzenie "tryb dla pojedynczego gracza". Zdecydowanie lepiej prezentują się pozostałe dwa tryby zabawy dla samotnych, czyli Conquest i Instant Action. Pierwsza to odmiana gry strategicznej podzielonej na tury. Zajmujemy kolejne planety, zarządzamy zasobami, a gdy dochodzi do konfrontacji, możemy przełączyć się na tryb walki automatyczny (gra rozpatruje stracie) lub samemu poprowadzić nasze wojska do obrony/ataku w sposób typowy dla Battlefronta. Ostatni tryb to potyczka na warunkach jakie sami sobie ustawimy. Możemy wybrać mapę, epokę, tryb, stronę i funkcję naszego dzielnego wojaka. Mało tego można go odpowiednio ubrać, zmieniając praktycznie każdy aspekt jego oporządzenia. Mała rzecz, a cieszy. Do wyboru mamy też kilka ciekawych trybów w których możemy toczyć potyczkę (zdobycie flagi, wyeliminowanie przeciwnika, czy starcie bohaterów).
Najciekawsze jest to, że w czasie zabawy w potyczkę lub podbój nasi kompanii broni zostają cudownie odczarowani i pomimo, że sami bitwy nie wygrają ale potrafią się ulokować blisko gracza i dać mu jakieś minimalne wsparcie.  
Rebeliantem w sieci.Największym atutem gry jest jednak gra z żywymi przeciwnikami co niestety w przypadku posiadaczy konsoli PSP E-1000 będzie niemożliwe, bo konsola ta nie posiada modułu Wi-Fi. A szkoda, bo gra dopiero w trakcie rozgrywki z innymi ludźmi pokazuje swój potencjał. Boty sobie gdzieś tam biegają po mapie, ale ustrzelenie gracza, gdzieś po drugiej stronie globu, czy to w walce na ubitej ziemi, czy też w przestrzeni kosmicznej daje naprawdę dużo satysfakcji. Możemy dołączyć do potyczki lub założyć własną z wybranymi przez nas trybami. Miód i esencja zabawy (niestety tylko dla wybranych). 
Blasterem po oczach.Gra jak na platformę na jakiej jest wydana prezentuje się przyzwoicie. Nie uświadczymy tutaj wodotrysków jakie prezentują gry obecnej generacji konsol, ale jest dobrze. Modele są rozpoznawalne, a tekstury czytelne. Grafika jest typowa dla produkcji z PSP, nie poraża szczegółami, ale nie straszy też swoją topornością i gra się całkiem przyjemnie. Dźwięk natomiast, jak to zwykle w grach oznaczonych logiem Star Wars stoi na wysokim poziomie.  
Czynnik M.Niestety, znikome ilości czynnika M wyczuwalne są w tej produkcji i to pomimo obiecującej okładki. Prócz sytuacji, gdzie gra serwuje nam w ramach naszych zasług wcielenie się w jednego z bohaterów Sagi Gwiezdnych Wojen lub w odpowiednim trybie gry, nie ma za wielu okazji by pobiegać w wirtualnych ciuszkach Boby Fetta. Ale jedno trzeba twórcom gry oddać, okładka prezentuje się bardzo ładnie z naszym ulubionym Łowcą Nagród.

Podsumowanie.Nie ukrywam, że mój pierwszy kontakt z serią Battlefront na PSP był z grą Elite Squadron i to ona była dla mnie wyznacznikiem jakości (zresztą o tamtej produkcji napisałem tekst wcześniej). Może dlatego podszedłem bardziej krytycznie (i mniej sprawiedliwie) do opisywanej produkcji, która w odbiorze wydała mi się toporna i mniej dopracowana. Tak, bo pojawiła się wcześniej i widać było, że na jej przykładzie twórcy wyciągnęli wnioski i wydali prawie doskonałe dzieło w postaci wspomnianego ES. W zasadzie wszystkie moje odczucia związane z grą Star Wars Battlefront: Renegade Squadron można zapisać w jednym zdaniu: to samo co w Elite Squadron, tylko troszkę słabiej. Zatem jeśli posiadacie PSP i szukacie ciekawej gry akcji w klimatach Gwiezdnych Wojen, śmiało możecie spoglądać w stronę Elite Squadron (no chyba, że będzie to Wasz pierwszy kontakt z tymi produkcjami na na tej konsolce, wtedy polecam Renegade Squadron, by móc później docenić ogrom pracy jaki włożyli twórcy w poprawienie swojego dzieła) zwłaszcza, że cena obecnie oscyluje w okolicach 34 zł.

PS. Zgłoszono mi, ze pojawiły się pewne problemy techniczne z nieistniejącym postem. Faktycznie, problem wynikł z mojego roztargnienia i nieuwagi podczas redagowania wpisu. Jeśli czytacie te słowa  to znaczy, że problemu już nie ma :D

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.

środa, 10 października 2012

W poszukiwaniu czynnika M - Star Wars Battlefront: Elite Squadron [PSP]

W poszukiwaniu czynnika M - czyli gry z klimatów Star Wars Mandaloriańskim okiem

Witam w kolejnej części cyklu Mandaloriańskich poszukiwań gry dla prawdziwych galaktycznych twardzieli. Dziś na tapetę pójdzie kolejny tytuł o którego recenzję zostałem poproszony przez Manda'Yaim.

Star Wars Battlefront: Elite Squadron

Jest to trzecia z kolei wydana na konsolę PlayStation Portable gra z serii Battlefront. Nazywana nieoficjalnie kontynuacją Renegade Squadron jest zarazem ostatnim tytułem serii jaki pojawił się na rynku. Podobnie jak reszta tytułów z pod znaku Battlefront jest grą przedstawiającą pola bitew znane nam z Uniwersum Gwiezdnych Wojen z perspektywy pojedynczego żołnierza. Kwintesencja zabawy sprowadza się, poza radosnym eliminowaniem oponentów za pomocą blasterów, do przejmowania punktów kontrolnych dających nam możliwość respawnu naszych braci broni oraz do dewastacji krążownika przeciwnika wiszącego na orbicie nad polem bitwy. Dodatkowo pojawia się możliwość poprowadzenie swoich ulubieńców (Imperium, Rebelii, Separatystów czy Republiki) do podboju całej Galaktyki w trybie Conquest, który łączy elementy gry strategicznej o charakterze turowo-ekonomicznym z możliwością samodzielnego brania udziału w bitwach i wpływania na ich przebieg.

W stosunku do znanych z PC części oznaczonych numerem 1 i 2 zmian jest całkiem sporo. Pierwsze co rzuca się w oczy podczas startu każdego meczu to możliwości wyboru lokacji startowej, w której chcemy by nasz dzielny wojak się pojawił. Mamy do wyboru powierzchnie planety, pokład krążownika lub przestrzeń kosmiczną. Zresztą wybór ten, co jest kolejną nowością w stosunku do dwóch pierwszych tytułów serii, nie jest permanentny i w każdej chwili możemy zmienić naszym żołnierzem miejsce prowadzenia potyczki.

Oczywiście posiadacze konsoli PSP E-1000 będą musieli się obejść smakiem potyczek z żywym przeciwnikiem, gdzieś na drugim końcu świata, ale w ich łapki został oddany tryb walki z botami oraz scenariusz, będący szeregiem potyczek połączonych linią fabularną. Fabuła niestety trąci myszką i sprawia wrażenie dorzuconej na siłę. Nie zagłębiając się w szczegóły, powiem tylko tyle, że opisuje ona historię dwóch braci klonów X1 i X2 (jednak nie są to genetyczni bliźniacy Boby Fetta). Obaj zostali stworzeni na podstawnie DNA Mistrza Jedi, dlatego też są podatni na Moc. Mniej więcej w okolicach Rozkazu 66 jeden z braci traci wiarę i nadzieję w nowostworzone Imperium i przystaje do Rebelii. I tak przez szereg potyczek, które sprowadzają się mniej więcej do przejmowania oraz niszczenia konkretnych obiektów, fabuła pokazuje rozwój i wzajemne animozje obu braci.

Oprawa audio-wizualna niczym praktycznie się nie różni od poprzedniej części wydanej na PSP oraz od wielu gier na tą konsolę. Modele są ładne i rozpoznawalne, niestety cierpią na syndrom tekstur w niskiej rozdzielczości, ale jak na konsolkę którą można spakować do kieszeni spodni, jest bardzo dobrze. Charakterystyczne tematy muzyczne towarzyszą nam i cieszą ucho w menu oraz podczas bitew. Jako dodatkowy plus zaliczyć należy przerywniki filmowe (pochodzące, a jakże z filmowej Sagi) przed bitwami w linii fabularnej.
Sterowanie jest bardzo proste i zdecydowanie bardziej intuicyjne niż w Renegade Squadron. Opcja auto-namierzania celu, jest wyjątkowo przydatna przy braku drugiej gałki analogowej. PSP rewelacyjnie sprawuje się przy sterowaniu podczas potyczek w przestrzeni kosmicznej.

A ile w Elite Squadron jest Mandalorian? Szczerze, bardzo niewiele. Gra posiada jeden bardzo ciekawy tryb walki po sieci lub z botami, a nazywa się on: Heroes and Villains. Dzięki temu trybowi, mamy możliwość wcielić się, w zależności czy gramy po stronie Separatystów, czy Imperium, kolejno w Jango Fetta lub Bobę Fetta. Rozgrywka tymi postaciami niewiele się różni między sobą (poza modelem) i jest bardzo satysfakcjonująca. Obaj Mandalorianie posiadają charakterystyczne dla siebie uzbrojenie (blaser EE-3 oraz blastery Westar-34), miotacze ognia i rakiety, dzięki którym mogą sporo namieszać na polu bitwy. Dodatkowo w niektórych bataliach, za szczególne osiągniecia (czyli zdobywanie punktów) można zasiąść za sterami Slave I lub pobiegać jednym z bohaterów np. Bobą Fettem i pokazać na co stać Mandalorianina.
Ogólnie, gra jest pozycją dobrą. Mnie osobiście cieszy wykonanie (od grafiki na okładce, przez instrukcję, po same rozwiązania zastosowane w grze) i dbałość o szczegóły. Cierpi natomiast linia fabularna, która mnie osobiście odrzuciła od tego trybu gry kierując moją uwagę na potyczki w sieci oraz tryb Conquest. Jak na produkt, który mieści się na malutkim dysku UMD, mamy do czynienia z solidnym spadkobiercą serii Battlefront, niestety z epizodycznym i dość ubogim występowaniem Mandalorian (choć i tak bogatszym niż w Battlefront 2).


Do następnego przeczytania.

PS. Zmniejszona aktywność w obecnej chwili związana jest z reorganizacją systemu na moim domowym PC. Wkrótce kolejne tytuły w cyklu "Gry za grosze".

wtorek, 2 października 2012

W poszukiwaniu czynnika M - czyli gry z klimatów Star Wars Mandaloriańskim okiem

Dziś troszkę inaczej. Przygotowania do postawienia nowego systemu dość skutecznie blokują mi możliwość protestowania kilku produktów do serii "Gry za grosze" (zwyczajnie się nie opłaca ich instalować i ściągać wszystkich patchy zwłaszcza, że za chwilę i tak czeka mnie czyszczenie dysku), dlatego też jako ciekawostkę chciałbym wrzucić jeden tekstów, który powstał na zamówienie Polskiej Społeczności Mandalorian - Manda'yaim. Teksty opisujące moje poszukiwania owego tajemniczego Czynnika M (tu by się przydało echo w stylu wejściówki pamiętnych "Pigs in Space") skupiają się głównie na doszukiwaniu się postaci, nawiązań lub smaczków nawiązujących do Mandalorian. A kim są w zasadzie Mandalorianie? Pamiętacie Bobę Fett i Jango Fetta z Gwiezdnych Wojen? Tak? To podstawy już macie. Mandaloriańscy wojownicy zasłynęli jako najemni żołnierze oraz łowcy nagród w uniwersum Star Wars. Po więcej informacji zapraszam na stronę Manda'Yaim.
A teraz kilka słów o grze "Star Wars: The Force Unleashed 2":

"Opis dotyczy wersji gry na konsolę PlayStation 3 bez zakupionych dodatków, czyli takiej jaka dostępna była w dniu premiery na półkach sklepowych.

Czym jest TFU 2? Jest kontynuacją rewelacyjnej gry ze stajni Lucasarts. Jest też grą pełną sprzeczności, która ostatecznie może rozczarować graczy i wiernych fanów Gwiezdnych Wojen, a której pojawienie się na rynku sprawiło „zarżnięcie” serii TFU przez producentów.

Przygotowując się do napisania tych kilku słów mających opisać grę oraz uwypuklić kilka motywów związanych z Mandalorianami postanowiłem ponownie odpalić tytuł. Zasiadłem wygodnie w fotelu, włączyłem telewizor, konsolę, odpaliłem grę i zerknąłem na pudełko. Piękna grafika na okładce cieszy oko, zresztą samo wydanie nie odbiega niczym od standardów. Cała otoczka marketingowa była rozmyślnie zaplanowana, traliery, grafiki, tapety na pulpity oraz ta sławetna i kontrowersyjna grafika z Bobą Fettem wbitym w podłogę z podpisem „Wyzwól Moc”. Wszystko było jak najpiękniejszy sen i wróżba hitu oraz kontynuatora rewelacyjnego TFU. Sen się skończył i moje oczekiwania również, gdy odpaliłem tytuł. I go po raz kolejny ukończyłem. Fajna grafika, płynna animacja, Galen Marek z drugą „świetlówką” przebijający się przez hordy Stormtrooperów. Ale coś tu było nie tak, jak powinno.

Historia. Znając kanoniczne zakończenie pierwszej części gry, niespodziewanie dostajemy naszego bohatera całego i zdrowego … no przynajmniej fizycznie. Okazuje się, że mamy do czynienia z wybrakowanym produktem technologii z Kamino, który posiada pamięć bohatera TFU i goni za swoją „Małgorzatą” w dłoniach miast żółtych kwiatów trzymając dwa miecze świetlne (złośliwi mówią, że trzecia część nie powstała, bo główny bohater nie miałby jak trzymać trzeciego miecza – okrutnicy). Co dobrego można powiedzieć o tej historii? Jest i łączy jakoś poszczególne etapy oraz jest krótka i nie męczy. Niestety to są jedyne plusy tła narracyjnego w TFU2. Historia jest dość naiwna, pełna nieścisłości i wątków które wręcz błagają o dokończenie. W momencie, gdy gracz, zaczyna się wciągać w fabułę i ciekawi go co będzie dalej, na ekranie pojawiają się napisy końcowe i imiona twórców. Dla mnie w pewnym momencie bodźcem do dalszego przebijanie się przez kolejne zastępy żołnierzy Imperium była chęć spotkania i „sklepania” Boby Fetta takim kozakiem jaki jest Galen Marek.

Rozgrywka. Pomijając mankamenty fabularne w postaci niedokończonych wątków, ogólnie gra się bardzo przyjemnie i sympatycznie. Wyjadacze TFU poczują się tutaj jak w domu. Dodatkowy miecz świetlny nie wprowadza rewolucji w potyczkach, a jedynie dodaje wodotrysków w postaci bardziej efektowniejszych finiszerów. Równie dobrze, TFUrcy (wybaczcie, ale nie mogłem się powstrzymać) mogli nie dozbrajać głównego bohatera w drugi miecz, a skupić się na innych aspektach gry. Sterowanie jest intuicyjne i na opanowanie go wystarcza pierwsza misja na Kamino, która spełnia rolę misji szkoleniowej. Cała rozgrywka jest wręcz kalką swojej poprzedniczki, co można zaliczyć na plus, zresztą widać, że twórcy wyszli z założenia iż nie warto zmieniać czegoś, co się całkiem nieźle sprawdziło w część i poprzedniej.

Boba Fett. Pomijając kampanię reklamową (i wspomniany już wcześniej plakat) oraz kilka animacji z Największym Łowcą Nagród, to występ Boby Fetta w TFU2 jest co najmniej ubogi. Jest kilka smaczków (projekcja koncepcyjnego rysunku zbroi mandaloriańskiej na ekranach w laboratoriach na Kamino) oraz możliwość „ubrania” naszego bohatera w „skórkę” Boby (niestety, podmieniany jest tylko model, a sam styl walki pozostaje taki sam :( ). Co ciekawe model Boby Fett jest bardzo fajnie animowany oraz wygląda naprawdę porządnie. Pozwala to snuć przypuszczenia, że w planach twórców mogła być przewidziana konfrontacja pomiędzy naszym bohaterem, a Fettem. Czyżby chęć szybkiego zysku obdarła producentów z kreatywności? A może zabrakło czasu?

Niedosyt. Takie uczucie mam po ponownym ukończeniu gry. Początek jest naprawdę obiecujący, sprawia wrażenie, że prowadzimy potężnego bohatera, który tajniki Mocy ma w małym palcu lewej stopy. W połowie gry, czyli mniej więcej w miejscu, gdy zaczynami dostrzegać coraz bardziej wyraźne nieścisłości scenariusza, a naiwność historii nie da się już maskować poprzez tłumaczenie zawiązywania akcji, odkrywa się przed nami odgrzewany kotlet, który tak sprytnie maskował się pod przybraniem z surówki. Za cenę pełnowartościowego produktu dostajemy grę, krótką, naiwną i przereklamowaną. Może jestem starej daty graczem, ale radosna „wycinka” szturmowców już była i to o niebo lepiej wykonana i sprzedana w poprzedniej części. TFU2 ma potencjał, ale niestety zmarnowany. Daje radość z grania, ale tylko na chwilę. I GDZIE JEST BOBA FETT? Zatwardziały fan gier z logo STAR WARS, będzie się przy grze bawił, jeśli nastawi się na szybką grę, bez nacisku na scenariusz. Mandalorianin, nie pobawi się wcale, bo bieganie w skórce Boby nie przykuje go do gry na dłużej."