wtorek, 27 sierpnia 2013

PlayStation Plus Wrzesień - RZUT (Rad)OKIEM na nowości w usłudze SONY.

Już jutro, czyli 28 dnia sierpnia anno Domini 2013 na PlayStation Plus pojawią się kolejne nowości dla subskrybentów usługi. Tym razem delikatny prztyczek w nos w stronę usługi Xbox Live. Tam gracze otrzymali Assassin's Creed II, a za to SONY sprezentowało:

- Assassin’s Creed III (PS3)
- The Jak and Daxter Trilogy (PS3)
- Stealth Inc: A Clone In The Dark (PS3)
- Urban Trial Freestyle (PSV)
- New Little King’s Story (PSV)


Szczerze to AC3 udało mi się już zakupić wcześniej wraz z dodatkami za około 100 zł, zatem umiarkowanie podchodzę do tych rewelacji i argumentów w wojnie korporacyjnej. Za to Jak and Daxter oraz New Little King's Story przykuły moją uwagę i kilka chwil mam zamiar im poświęcić. 

A wy znajdujecie tam coś dla siebie? 

Pozdrawiam i do następnego przeczytania. 

piątek, 23 sierpnia 2013

W poszukiwaniu czynnika M - Star Wars Dark Forces [PC]

W poszukiwaniu czynnika M - czyli gry z klimatów Star Wars Mandaloriańskim okiem

Witam w kolejnym artykule stworzonym na zlecenie  Manda'Yaim, czyli Polskiej Społeczności Mandalorian będącym czymś co w przyszłości stanie swoistym zestawieniem gier ze świata Star Wars. Tym razem zgłębimy tajniki Star Wars: Dark Forces wydanej na PC, celem odszukania tajemniczego czynnika M, który jak wiadomo pozwala wyłowić w morzu cyfrowej tytuły dla twardzieli rodem z odległej galaktyki. Zapraszam.

Żywot najemnika. 
Star Wars Dark Forces to gra wydana w 1995 roku na PC działająca jeszcze w DOSie. Tytuł swoją konstrukcją oraz silnikiem graficznym (Dark Forces śmigał na silniku nazwanym Jedi, który bardzo przypominał użyty w Duke Nukem 3D silnik Bulid)przypominał inną grę wydaną w tamtym czasie i znaną jako prekursora gier FPS - Doom'a. jednak w przeciwieństwie do wspomnianego tytułu oferował dość ciekawy scenariusz osadzony w świecie Gwiezdnych wojen oraz nietuzinkowego bohatera jakim był Kyle Katarn - najemnik, a później Mistrz Jedi zasiadający w Radzie Jedi odbudowanego przez Luke'a Skywalker'a Zakonu. To własnie dzięki serii Dark Forces mogliśmy poznać losy tego bohatera. Tak, dobrze przeczytaliście serii, bo gra okazała się na tyle dobra, że powstały jej kontynuacje (które oczywiście Wam przybliżę).
Gra wrzuca nas w czas wojny domowej pomiędzy siłami Rebelii, a Imperium. Nasz bohater ostaje wynajęty przez Sojusz Rebelii by wykraść... plany Gwiazdy Śmierci. I na tym właśnie polega nasza pierwsza misja w świecie gry. W czasie tej misji nie tylko poznajemy naszego bohatera, ale metody jakich używa do negocjacji z Imperialnymi sługusami. Kyle jako najemnik, który za kredyty wspiera swoimi umiejętnościami Sojusz Rebelii ma dość bujną przeszłość. Od kariery oficera Imperium odciągnęła go śmierć rodziców spowodowana przez niedoszłych imperialnych współpracowników. Został zatem najemnikiem ( tajemniczy czynnik M delikatnie zaczyna się pojawiać, ale...) współpracującym z zemsty dla Rebelii. I tyle. Tak zawiązuje się akcja, która stawia naszego protagonistę naprzeciw nowej broni Imperium - projektowi Dark Trooper.
Gra jest bardzo klasycznym shooterem, faktycznie kojarzącym się z Doom'em. Jednak technicznie jest bardziej zaawansowana od swojego prekursora i zwyczajnie lepsza. Ma linię fabularną (i to całkiem niezłą) oraz rozwiązania o których grający w Doom'a mógł pomarzyć (jak choćby mgła generowana przez silnik). Dark Forces wprowadziła kilka rozwiązań, które w tamtych czasach były novum w świecie gier. Między innymi mój ulubiony drobiazg, jak broń umieszczona lekko pod skosem z prawej strony, a nie na środku ekranu. Ale przede wszystkim ma naprawdę fajny i wciągający scenariusz (w późniejszych latach grając w Final Fantasy VII zauważałem bardzo duże zbieżności między postacią Cloud'a i Kyle'a - czyżby przypadek?).
Nasycenie czynnikiem M.
A ile w tej grze jest zabawy dla prawdziwych Mandaloriańskich wojowników? Pomijając techniczny majstersztyk połowy lat 90-tych, który nie tylko zdobył uznanie wśród prasy branżowej ale i graczy gra prezentowała naprawdę trudną i wymagająca rozgrywkę. Nie było tu miejsca dla leszczy kryjących się po kątach by zregenerować sobie pasek "życia". Zasady były proste my i oni, a jako poparcie naszej wyższości blaster E-11. Miłym akcentem było spotkanie z Bobą Fett'em. Fakt przebiegało ono w mało radosnej atmosferze, ale można było się wymienić kilkoma celnymi strzałami oraz pokazać sobie skuteczność różnych rodzajów blasterów. Zatem poza spotkaniem z ikoniczną postacią Boby Fett'a oraz wcielenia się w postać twardego najemnika niewiele tu akcentów typowo mandaloriańskich. Jednak sama gra jest sporym wyzwaniem, zwłaszcza we współczesnej dobie skryptów oraz ogólnego upraszczania gier co powinno cieszyć wojowników rządnych wyzwań.
Podsumowanie. 
Gra dla mnie to pozycja obowiązkowa na dysku, zwłaszcza, że w obecnej chwili dostępna jest w dystrybucji cyfrowej za przysłowiowe grosze. Naprawdę warto popatrzyć na nią przychylnym okiem, bo tytuł niestety zestarzał się okrutnie i kanciastością tekstur może kłuć w oczy. Przede wszystkim jest to genialna historia, która pokazuje nam jak to rozpoczęła się droga Kyle'a od najemnika do Mistrza Jedi. Bo Dark Forces to dopiero początek, a historia jest długa i zajmująca. Do zobaczenia zatem w Star Wars Jedi Knight: Dark Forces 2.

Star Wars Dark Forces pomimo swych lat i widocznej kanciastości jest dla mnie nie tylko sentymentalna podróżną do czasów mej wczesnej młodości, ale przede wszystkim szansą na zagranie w rewelacyjna grę, która zestarzała się graficznie, ale klimat pozostał.

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.

środa, 21 sierpnia 2013

"Pod kopułą" - Stephen King - Biblioteka Krainy

Wybaczcie moje milczenie na blogu ostatnimi czasy. Gdy przeczytacie poniższy tekst zrozumiecie co mnie tak skutecznie odciągnęło od klawiatury.
Zazwyczaj tak mam, ze na wakacje wybieram sobie jakąś grę (RPG lub przygodową) oraz książkę w podobnym klimacie. W tym roku urlop spędziłem na radosnym pokrywaniu okien naszego domostwa farbą (co wiązało się czasem z nielichym upojeniem oparami)  przerywanym drobnymi wycieczkami z rodzinką. Poza pracą i przyjemnym spędzaniem czasu z małżonką i córką nadrabiałem zaległości w Star Wars The Old Republic, poznawałem uroki Pustkowi w Fallout 3 oraz... odwiedziłem Chester's Mill w Maine.

O książce "Pod kopułą" Stephena Kinga usłyszałem kilka lat temu, gdy to miałem okazję współpracować z jednym z hipermarketów w moim mieście. Wtedy to uwagę przykuło ogromne pudło wypełnione tym tytułem i dość ciekawa reklama promująca książkę. Był to stolik z kopułą pod którą leżała książka. Z racji tego, że z prozą Kinga byłem raczej na bakier (jakoś tak zawsze twórczość tego pana kojarzyła mi się z horrorami, które zwykłem omijać) tytuł ten pomimo mojego wstępnego zainteresowania ominąłem. Aż do teraz.
Może dziwnie, ale bodźcem do przeczytania tej książki dla mnie było powstanie serialu "Under the dome" produkcji Stephena Kinga i Stephena Spielberga. Po obejrzeniu pierwszego odcinka stwierdziłem, że MUSZĘ przeczytać tą pozycję.

Książka bardzo miło mnie zaskoczyła. Po pierwsze przykuła mnie do lektury od pierwszych stron (o ile można mówić o stronach w przypadku wydania elektronicznego) i nie wiem czy to jest typowy dla autora zabieg, ale narracja prowadzona jest w naprawdę fajny sposób. Wyjątkowo spodobały mi się motywy, gdy autor bawiąc się w przewodnika oprowadza czytelnika po wykreowanym przez siebie świecie. Miałem wrażenie nie tylko bycia biernym obserwatorem ale uczestnikiem wydarzeń. Również opisanie akcji z perspektywy psa przypadło mi do gustu jako ciekawy zabieg wpływający na nawiązanie większego kontaktu z czytelnikiem. Po drugie serial jest jedynie na motywach książki, co widać już po pierwszym odcinku i jak sam King stwierdził, ma on za zadanie zaskoczyć nie tylko widzów, ale i fanów książki. I zaskakuje, bo część bohaterów serialu ginie w innych okolicznościach lub przeżywa albo zwyczajnie łącza cechy kilku postaci znanych z książki.

A jaka jest sama książka "Pod kopułą"? W moim odczuciu - zwyczajnie świetna. Niech świadczy o tym fakt, że snułem się po domu wpatrzony w mojego PocketBook'a. Nawet Laures zauważyła, że jakoś słabiej reaguję na bodźce zewnętrze. Udało mi się nawet kilka razy przypalić posiłek (mam to po mamie, ona też jak czytała dobrą książkę można było zapomnieć o obiedzie) z czego akurat za dumny nie jestem.
Klimat powieści jest ciężki i duszny jak atmosfera po kopułą. I potrafi się udzielić czytelnikowi. Czasem zwyczajnie byłem wdzięczny gdy odkładałem książkę i mogłem wrócić do swojej rzeczywistości.
Tajemnicą nie jest, że akcja zawiązuje się, gdy pewne miasteczko, dokładnie Chester's Mill zostaje odcięte od świata zewnętrznego za sprawą tajemniczej i niezniszczalnej kopuły. Wydarzenie to staje się tłem do wydarzeń które wstrząsają tym małym miasteczkiem. Książka w rewelacyjny sposób pokazuje jak w takiej sytuacji mogą zachować się ludzie. Smutne jest to, że dążenie do władzy, powiększania wpływów, czy zwykła potrzeba i chęć upodlenia drugiego człowieka jest cechą dominującą u ludzi, którzy zostali pozostawieni sami sobie. Wczytując się w "Pod kopułą" miałem wrażenie, że widzę czołowych naszych polityków, którzy w adekwatnej sytuacji zapewne starali by się doprowadzić do podobnych wydarzeń, które miałby za zadanie utrwalenie ich pozycji.
Książka jest mroczna, klimat ciężki, a narracja dla mnie idealnie podkreśla te walory powieści.

W czasie wdrażania się w fabułę miałem kilka momentów w których wręcz zakrzyknąłem "O kur....!" i to właśnie wtedy "Pod kopułą" kupiła mnie całego. Mało która książka, którą w życiu czytałem tak mnie zassała. Jeżeli King pisze wszystkie swoje powieści w takim stylu, chyba będę się musiał przeprosić z jego twórczością. Tak przyznam się szczerze już zerkam łakomie na "Bastion" jego pióra.

"Pod kopułą" polecam całym swoim sercem. Książka pomimo, że może być przewidywalna potrafi zaskoczyć, a przede wszystkim przykuwa do siebie i z trudem można się od niej oderwać. Akcja jest wartka, pogmatwana, potrafi wywołać skrajne emocje (od wzruszenia do złości na bohaterów) czyli taka jak lubię w powieści. Czas spędzony przy tej lekturze był dobrze zainwestowany i polecam tą książkę każdemu!

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.