Maj 2011 roku zapadnie na długo w mojej pamięci, a to za sprawą jubileuszy, jakie dane nam było obchodzić w tym miesiącu. Najważniejsza rocznica to drugie urodziny córeczki. Impreza była huczna, (bo podwójna - Laures mój Kochany na imieniny urodziła sobie córcię) zjechali się dziadkowie, tort motylki obsiadły ku uciesze dziecka, a całość namiętnie fotografował dumny tatuś. Ale najważniejsze było szczęście córeczki wypisane na buzi, gdy płomyczek radośnie skrzył się na szczycie woskowej cyferki „2”, a do brzuszka wędrowały kolejne wafelkowe motylki i kwiatuszki.
Spoglądając z perspektywy czasu na rozwój dziecka uwierzyć nie można, że w ciągu 12 miesięcy następuje taki skok. Rozwiązuje się język takiego małego człowieka i czasem chodzi za nami usilnie próbując nawiązać konwersację w swoim póki, co niezrozumiałym narzeczu. Bieganie, chodzenie, czy zdobywanie schodów nie jest już takim wyzwaniem, jak kilka miesięcy temu i cały świat staje otworem ze swoim bogactwem wrażeń i tajemnic do odkrycia. Zresztą hitem ostatnich dni jest urządzenie zwane karuzelą. A gdy jeszcze na owej karuzeli można zasiąść na koniku, to szczęście jest podwójne. Niestety nadmiar takiego szczęścia jest odwrotnie proporcjonalny do chęci opuszczenia karuzeli, nawet po kilku takich sesjach. Pomimo swoich dwóch lat na karku córeczce ciężko jest zrozumieć, że nie można całego życia spędzić na karuzeli, choćby się najpewniej chciało. Ale w miarę regularne wizyty na, cytując „kaluleli” pozwalają uświadomić naszej Gwiazdeczce, że zawsze można do konika wrócić. Niby taka oczywista rzecz, dla nas dużych i dorosłych, a jednak malutki człowiek musi się tego nauczyć. Z każdym dniem coraz bardziej fascynują mnie zdolności poznawcze oraz chęć zdobywania nowych doświadczeń u takiego małego człowieka. I, może nieskromnie to powiem, ale jestem szalenie dumny z naszego dziecka, z tego jak w lot łapie nowe słowa i zaczyna kojarzyć sytuacje i wydarzenia z konkretnymi stwierdzeniami. A najfajniejsze jest to, ze córeczka potrafi już precyzować swoje życzenia. Choć wymagania może nie są wielkie (coś zjeść, wypić, obejrzeć „Krecia”) to potrafi walczyć o swoje racje. Swoją drogą ciekawe jest to, że kreskówka będąca, co najmniej 10 lat starsza ode mnie potrafi przykuć uwagę dziecka oraz bawić, a nawet przyczyniać się do rozwoju lingwistycznego młodego człowieka (Czeskie „ahoj” w wykonaniu Malutkiej, nabiera całkiem innego wydźwięku).

Maj zaowocował również pewnymi premierami gier, na które, nie ukrywam naczekaliśmy się. Przede wszystkim Wiedźmin 2: Zabójcy Królów wzbogacił naszą kolekcję. Oczywiście znów był drobny „zgrzyt” z premierą. Niby gra miała być dzień wcześniej, a przyszła później, ale i tak to nic w porównaniu z poprzednią premierą, kiedy to radośnie zamówiliśmy wersję kolekcjonerską i gram.pl dosyłał ją nam ratami. Tym razem obawiając się podobnej sytuacji i troszkę rozczarowani dodatkami zamówiliśmy edycję Standard. Osobiście jestem zachwycony dodatkami (muzyka jest rewelacyjna, moneta stanowi ciekawy gadżet uzupełniający fabułę), jednak zrozumieć nie mogę idei papierowych figurek. Po co to, komu? Wydawcy brakło kreatywnych pomysłów? Jednak wszystkie te dodatki, problemy z wysyłką bledną po odpaleniu gry. Wymiana komputerów zaowocowała wyświetlaniem grafiki na poziomie „Ultra” i wygląda to naprawdę powalająco. Z początku aż trudno mi było uwierzyć, że ten blaszany potwór stojący u mych nóg potrafi wyświetlić grafikę w jakości screenów prezentowanych na reklamach. Gra chodzi płynnie i wygląda rewelacyjnie. Dodatkowo okraszone to wszystko jest świetnymi dialogami utrzymanymi w duchu Andrzeja Sapkowskiego. No i ta muzyka. Jedynie, do czego musiałem się długo przyzwyczajać to system walki i strasznie słabo zrównoważony poziom trudności. Jednak i do tego idzie przywyknąć, przymknąć oko na kilka błędów i można rozkoszować się dalej grą w świecie Geralta z Rivii.
Również dzięki podrasowanemu sprzętowi udało nam się odpalić kilka produkcji, które kusiły nas od jakiegoś czasu. Wykorzystując letnie wyprzedaże Laures wzbogaciła się o Discipel III wraz z dodatkiem w wersji kolekcjonerskiej. A ja mogłem się cieszyć jeszcze kolejnym prezentem urodzinowym, czyli "Battlefield: Bad Company 2".
Zresztą sam czerwiec również przyczynił się do powiększenia naszej kolekcji o kilka przygodówek z serii "Chronicles of Mystery" oraz "Art of Murder". I coś, co szczególnie urzekło mnie za serce to "Need for Speed: Hot Pursuit".

Co do Need for Speed. Szukając opinii na temat tej gry, trafiłem na videorecenzje, w której człowiek opowiadający o grze stwierdza, że doznał uczucia „pół erekcji”, gdy gra prezentowała mu nowy pojazd, jaki otrzymał w nagrodę za dobre wyniki. Cóż, prawda, że odczuwa się lekkie uczucie podniecenia, ale żeby zaraz tak. Myślę, że marketingowy z EA mieli by niezły pomysł na kampanię reklamową słysząc słowa tego redaktora.




Ale istotnie wrażenia, jakie płyną z gry oraz doznania estetyczne sprawiają, że po skończonych kilku wyścigach i wyłączeniu gry uświadamiam sobie, że gęba mi się nadal cieszy. Nie wiem, co EA robi ze swoimi grami, ale pomijając fakt zazwyczaj wygórowanych cen, potrafią one przykuć na długie godziny i dają naprawdę dawkę sporej radochy oraz zabawy, czyli to, co gry dawać powinny. Zresztą nie ma to jak pędząc Astonem Martinem One-77 w wersji policyjnej z prędkością taką, że mój licznik w Skodzie przekręciłby się ze trzy razy… przywalić w słup i obserwować fontannę iskier oraz części lub dogonić „podejrzanego” i w miarę bezbolesny sposób zatrzymać go.
Ostatnio nawet słyszałem pewną ciekawą opinię o grach i ich twórcach. Ktoś stwierdził, że RPG powinni robić Polacy (a jakże!), a shootery Rosjanie (szczególnie osadzone w postapokaliptycznych klimatach).Od siebie mogę dodać, że wyścigi powinien robić Criterion Games i mogą nawet wydawać pod sztandarem EA, bo wychodzi im to naprawdę przednio.
W ramach resztek wolnego czasu, jakie człowiek sobie wygospodaruje (brak mi doby lub dnia tygodnia) dłubię przy mojej zbroi Mandaloriańskiej. Póki, co w stadium prawie gotowym mam płyty klatki piersiowej oraz pleców. Największym wyzwaniem będzie hełm. Obecnie jestem na etapie przygotowania posiadanej repliki hełmu armii USA do przycięcia oraz uformowania płyt bocznych na kuchenką. Zobaczymy jak to wyjdzie, sam jestem ciekaw efektu. Jedno jest pewne na pewno pochwalę się efektem, o ile będzie, czym;)A póki co zaprezentować mogę projekt koncepcyjny oraz pierwsze przymiarki mojej zbroi Mandaloriańskiej

Do następnego razu, OYA!