A tu fota prezentująca naszą kolekcję związaną z Mass Effect.
niedziela, 7 sierpnia 2011
Masa Efektu Masy
Ostatnimi czasy seria "Mass Effect" delikatnie zaczeła się otrzepywać z warstewki kurzu, która osiadła na nią w naszej szafie z grami. A to za sprawą zbliżającej się premiery trzeciej części przygód Sheparda i jego wesołej kompanii, klipu zamieszczonego w poprzednim poście i CD-Action, które zamieściło na swoim krążku część pierwszą. Fajnie nam, graczom, tu w Polsce z takimi pismami o grach jak CDA :D. Pełne wersje gier dają i to jakich. Pomimo faktu, że z Laureskiem przeszliśmy pierwszą część na X360 (ME2 również leży na półeczce i czeka na mnie, bo Laures już go przeszła i zdążyła zapomnieć)z chęcią zakupiliśmy edycję na "pieca". Szybka kalkulacja i rozeznanie się w kosztach przedpremierowych zamówień Mass Effect 3 zaowocowało zakupieniem nowiutkiej drugiej części na PC. Nie myślcie, że wydaliśmy na to majątek. Skądże znowu. Gra kosztowała nas 29 zł. Dzięki temu w 3 część najpewniej zagramy na PC. Ma to kilka podstawowych zalet. Przede wszystkim na X-BOX nie ma możliwości uruchomić DLC, bo jakoś tak nie wydano ich w Polsce. Druga ważna zaleta to wersja PC jest o 100 zł tańsza od wersji na konsole. Ale jak znam życie i tak zakupimy jakoś taniej niczym prawdziwi Łowcy Promocji ;)
A tu fota prezentująca naszą kolekcję związaną z Mass Effect.
A tu fota prezentująca naszą kolekcję związaną z Mass Effect.
sobota, 23 lipca 2011
Zaskoczenie tygodnia
Grzebiąc sobie po necie w ramach relaksu, bo dość intensywnym dniu (pierwsza poważna impreza w życiu naszej córeczki - Ślub i Wesele Justyny i Łukasza, czyli kuzyna Laureska - Wszystkiego Najlepszego dla Młodej Pary) udało mi się trafić na ciekawy klip.
Moim zdaniem piosenka jest rewelacyjna i nawet ma fajną nutę, zresztą oceńcie sami:
A tak na marginesie, córeczka ubawiła się przednio będąc niepisaną maskotką imprezy. Dziecko po powrocie, zresztą dość wczesnym padło nieprzytomne i w chwilę zasnęło. Ale tak to jest jak się tańczy cały wieczór.
Moim zdaniem piosenka jest rewelacyjna i nawet ma fajną nutę, zresztą oceńcie sami:
A tak na marginesie, córeczka ubawiła się przednio będąc niepisaną maskotką imprezy. Dziecko po powrocie, zresztą dość wczesnym padło nieprzytomne i w chwilę zasnęło. Ale tak to jest jak się tańczy cały wieczór.
wtorek, 28 czerwca 2011
Świętować czas zacząć...czyli jak to nam maj z czerwcem upłynęły.
Maj 2011 roku zapadnie na długo w mojej pamięci, a to za sprawą jubileuszy, jakie dane nam było obchodzić w tym miesiącu. Najważniejsza rocznica to drugie urodziny córeczki. Impreza była huczna, (bo podwójna - Laures mój Kochany na imieniny urodziła sobie córcię) zjechali się dziadkowie, tort motylki obsiadły ku uciesze dziecka, a całość namiętnie fotografował dumny tatuś. Ale najważniejsze było szczęście córeczki wypisane na buzi, gdy płomyczek radośnie skrzył się na szczycie woskowej cyferki „2”, a do brzuszka wędrowały kolejne wafelkowe motylki i kwiatuszki.
Spoglądając z perspektywy czasu na rozwój dziecka uwierzyć nie można, że w ciągu 12 miesięcy następuje taki skok. Rozwiązuje się język takiego małego człowieka i czasem chodzi za nami usilnie próbując nawiązać konwersację w swoim póki, co niezrozumiałym narzeczu. Bieganie, chodzenie, czy zdobywanie schodów nie jest już takim wyzwaniem, jak kilka miesięcy temu i cały świat staje otworem ze swoim bogactwem wrażeń i tajemnic do odkrycia. Zresztą hitem ostatnich dni jest urządzenie zwane karuzelą. A gdy jeszcze na owej karuzeli można zasiąść na koniku, to szczęście jest podwójne. Niestety nadmiar takiego szczęścia jest odwrotnie proporcjonalny do chęci opuszczenia karuzeli, nawet po kilku takich sesjach. Pomimo swoich dwóch lat na karku córeczce ciężko jest zrozumieć, że nie można całego życia spędzić na karuzeli, choćby się najpewniej chciało. Ale w miarę regularne wizyty na, cytując „kaluleli” pozwalają uświadomić naszej Gwiazdeczce, że zawsze można do konika wrócić. Niby taka oczywista rzecz, dla nas dużych i dorosłych, a jednak malutki człowiek musi się tego nauczyć. Z każdym dniem coraz bardziej fascynują mnie zdolności poznawcze oraz chęć zdobywania nowych doświadczeń u takiego małego człowieka. I, może nieskromnie to powiem, ale jestem szalenie dumny z naszego dziecka, z tego jak w lot łapie nowe słowa i zaczyna kojarzyć sytuacje i wydarzenia z konkretnymi stwierdzeniami. A najfajniejsze jest to, ze córeczka potrafi już precyzować swoje życzenia. Choć wymagania może nie są wielkie (coś zjeść, wypić, obejrzeć „Krecia”) to potrafi walczyć o swoje racje. Swoją drogą ciekawe jest to, że kreskówka będąca, co najmniej 10 lat starsza ode mnie potrafi przykuć uwagę dziecka oraz bawić, a nawet przyczyniać się do rozwoju lingwistycznego młodego człowieka (Czeskie „ahoj” w wykonaniu Malutkiej, nabiera całkiem innego wydźwięku).

Maj zaowocował również pewnymi premierami gier, na które, nie ukrywam naczekaliśmy się. Przede wszystkim Wiedźmin 2: Zabójcy Królów wzbogacił naszą kolekcję. Oczywiście znów był drobny „zgrzyt” z premierą. Niby gra miała być dzień wcześniej, a przyszła później, ale i tak to nic w porównaniu z poprzednią premierą, kiedy to radośnie zamówiliśmy wersję kolekcjonerską i gram.pl dosyłał ją nam ratami. Tym razem obawiając się podobnej sytuacji i troszkę rozczarowani dodatkami zamówiliśmy edycję Standard. Osobiście jestem zachwycony dodatkami (muzyka jest rewelacyjna, moneta stanowi ciekawy gadżet uzupełniający fabułę), jednak zrozumieć nie mogę idei papierowych figurek. Po co to, komu? Wydawcy brakło kreatywnych pomysłów? Jednak wszystkie te dodatki, problemy z wysyłką bledną po odpaleniu gry. Wymiana komputerów zaowocowała wyświetlaniem grafiki na poziomie „Ultra” i wygląda to naprawdę powalająco. Z początku aż trudno mi było uwierzyć, że ten blaszany potwór stojący u mych nóg potrafi wyświetlić grafikę w jakości screenów prezentowanych na reklamach. Gra chodzi płynnie i wygląda rewelacyjnie. Dodatkowo okraszone to wszystko jest świetnymi dialogami utrzymanymi w duchu Andrzeja Sapkowskiego. No i ta muzyka. Jedynie, do czego musiałem się długo przyzwyczajać to system walki i strasznie słabo zrównoważony poziom trudności. Jednak i do tego idzie przywyknąć, przymknąć oko na kilka błędów i można rozkoszować się dalej grą w świecie Geralta z Rivii.
Również dzięki podrasowanemu sprzętowi udało nam się odpalić kilka produkcji, które kusiły nas od jakiegoś czasu. Wykorzystując letnie wyprzedaże Laures wzbogaciła się o Discipel III wraz z dodatkiem w wersji kolekcjonerskiej. A ja mogłem się cieszyć jeszcze kolejnym prezentem urodzinowym, czyli "Battlefield: Bad Company 2".
Zresztą sam czerwiec również przyczynił się do powiększenia naszej kolekcji o kilka przygodówek z serii "Chronicles of Mystery" oraz "Art of Murder". I coś, co szczególnie urzekło mnie za serce to "Need for Speed: Hot Pursuit".

Co do Need for Speed. Szukając opinii na temat tej gry, trafiłem na videorecenzje, w której człowiek opowiadający o grze stwierdza, że doznał uczucia „pół erekcji”, gdy gra prezentowała mu nowy pojazd, jaki otrzymał w nagrodę za dobre wyniki. Cóż, prawda, że odczuwa się lekkie uczucie podniecenia, ale żeby zaraz tak. Myślę, że marketingowy z EA mieli by niezły pomysł na kampanię reklamową słysząc słowa tego redaktora.




Ale istotnie wrażenia, jakie płyną z gry oraz doznania estetyczne sprawiają, że po skończonych kilku wyścigach i wyłączeniu gry uświadamiam sobie, że gęba mi się nadal cieszy. Nie wiem, co EA robi ze swoimi grami, ale pomijając fakt zazwyczaj wygórowanych cen, potrafią one przykuć na długie godziny i dają naprawdę dawkę sporej radochy oraz zabawy, czyli to, co gry dawać powinny. Zresztą nie ma to jak pędząc Astonem Martinem One-77 w wersji policyjnej z prędkością taką, że mój licznik w Skodzie przekręciłby się ze trzy razy… przywalić w słup i obserwować fontannę iskier oraz części lub dogonić „podejrzanego” i w miarę bezbolesny sposób zatrzymać go.
Ostatnio nawet słyszałem pewną ciekawą opinię o grach i ich twórcach. Ktoś stwierdził, że RPG powinni robić Polacy (a jakże!), a shootery Rosjanie (szczególnie osadzone w postapokaliptycznych klimatach).Od siebie mogę dodać, że wyścigi powinien robić Criterion Games i mogą nawet wydawać pod sztandarem EA, bo wychodzi im to naprawdę przednio.
W ramach resztek wolnego czasu, jakie człowiek sobie wygospodaruje (brak mi doby lub dnia tygodnia) dłubię przy mojej zbroi Mandaloriańskiej. Póki, co w stadium prawie gotowym mam płyty klatki piersiowej oraz pleców. Największym wyzwaniem będzie hełm. Obecnie jestem na etapie przygotowania posiadanej repliki hełmu armii USA do przycięcia oraz uformowania płyt bocznych na kuchenką. Zobaczymy jak to wyjdzie, sam jestem ciekaw efektu. Jedno jest pewne na pewno pochwalę się efektem, o ile będzie, czym;)A póki co zaprezentować mogę projekt koncepcyjny oraz pierwsze przymiarki mojej zbroi Mandaloriańskiej

Do następnego razu, OYA!
wtorek, 8 marca 2011
Co tam nowego Panie w świecie słychać?

Niech to Mandaloriańskie pozdrowienie da choć drobny przedsmak zmian jakie nastały u mnie na gruncie fanowsko-prywatnym. Pomijam sprawy zawodowe (tam też się sporo wydarzyło, ale kogo by to obchodziło jak się to biega po rożnych instytucjach administracji państwowej - choć swoją drogą niezły dreszczowiec by z tego wyszedł), bo nudnawy to temat.
Biblioteczka moja wzbogaciła się nie tylko o nowości ze świata Gwiezdnych Wojen (Komandosi Imperium zawitali do Krainy), ale również Rebis przyczynił się do zmniejszenia wolnego miejsca na naszych półkach wydając "Łowców Diuny" i "Czerwie Diuny". Oczywiście wydanie, jak zdążył przyzwyczaić nas Rebis, jest rewelacyjne. Twarda stylizowana oprawa do tego ilustracje Pana Siudmaka... miodzio :D
Z gier zawziąłem się i widząc zapowiedź Mass Effect 3 postanowiłem w końcu skończyć część drugą. Może to i w niektórych kręgach wstyd, ale Laures śpiewająco ukończyła grę prawie rok temu i mentalnie mnie mobilizowała do tego kroku. Zresztą, nie tylko do tej gry mnie przekonała ostatnio. Jakiś miesiąc temu padła informacja, że 11.11.11 (ciekawa data) pojawi się kolejna, bo piąta część serii The Elder Scrolls o podtytule Skyrim. Burza w necie się rozpętała, ktoś widział jakiś screen, ktoś tam marudził o trailer. Aż w końcu stało się. Bethesda zafundowała nam odświeżoną stronkę, z masą informacji kilkoma grafikami i nowym filmikiem. Te informacje tak mnie ucieszyły, że zaparłem się i pomimo mojego wcześniejszego negatywnego stosunku do Obliviona (dlaczego ten cholerny świat awansuje razem ze mną? Dlaczego na 20 levie koleś w pełnej płycie chce zabrać mi 10 szt złota? itd.) zasiadłem do gry z zamiarem ukończenia jej. Przy dopingu Laureska mojego Kochanego idzie całkiem dobrze :)
Zresztą jak przy Skyrim jestem urzekł mnie jeden z filmików, który pojawił się w sieci jako odpowiedź na pierwszy trailer.
Cóż ja też się ucieszyłem na zapowiedź gry, jednak uważam, ze mniej entuzjastycznie podszedłem do sprawy. Z drugiej strony muzyka jaką Bethesda funduje nam w grach ze świata TES potrafi przyprawić o dreszcze, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zdecydowanie pod względem muzycznym polecam drugi trailer Skyrim :)


Ret'!
PS. Wszystkim naszym Drogim Paniom, chciałbym życzyć Wszystkiego Najlepszego :)
środa, 2 marca 2011
A ku ku ...
Kinia - Rok Pierwszy (plus kilka miesięcy :))
I stało się. Dnia 18 maja 2010 roku o godzinie 23:30 minął dokładnie rok od momentu jak nasz świat wywrócił się do góry nogami, a na świecie pojawiła się córeczka Lauresy i Radoka - Kinia. Jak w kilku słowach streścić i podsumować całe życie takiej małej osóbki zamknięte w jednym roku? Małej kobiety, która poznaje świat, ma swoje interesy, humory, nastroje i już zaczyna się kształtować charakter takiej osoby. Z początku nasuwało mi się stwierdzenie: Szaleństwo, ale aż tak źle nie było. Dziecko pozwala odkryć najbardziej skrywane zakamarki ludzkiej duszy. Uczucia i zachowanie takiej małej osoby jest szczere czasem, aż do bólu (dosłownie, gdyż poza nieartykułowanymi dźwiękami potrafi swoją radość okazywać za pomocą ząbków i paznokci). Pierwszą lekcja, której córeczka nam udzieliła były zajęcia z pokory i ogromnego dystansu do wielu rzeczy. Pierwsze trzy miesiące z początku wydawały się nieokiełznanym chaosem. Pierwsza, noc z dzieckiem, pierwsza zmiana pieluszki, pierwsze karmienie w domu. Pamiętam jak trzymając kruszynkę, z kilku tygodniowym stażem bytowania na tym świecie i walcząc z sennością powtarzałem sobie w myślach: " jeszcze tylko 11 miesięcy i będziemy wszyscy przesypiać całą noc". Wtedy cztery godziny nieprzerwanego snu były marzeniem świeżo upieczonych rodziców i nieocenionej babci, która potrafiła nami tak pokierować byśmy głów nie pogubili. Dodatkowo trzeba było ustalić stały program dnia, gdyż taki maluszek, jak się okazało, uwielbia wręcz rutynę i każde nawet najdrobniejsze odstępstwo powoduje bunt i wyrażanie swoich żalów ogłuszającym rykiem.
I tak niezmordowanie brnęliśmy w kolejne rytuały, które narzuciła nam córeczka, aż pewnego dnia, po ośmiu godzinach snu, musieliśmy budzić brzdąca na śniadanko. Od tego momentu, Kinia usilnie pracuje na swoją opinie śpioszka zaliczając nawet dwanaście godzin nocnego wypoczynku. Dla innych rodziców niemowlęcia wydawać się to może nieprawdopodobne, ale małe dzieci naprawdę potrafią przespać całą noc :)
Może wydawać się dziwnym dlaczego akurat tak często wspominam sen jako pewien wykładnik ludzkich możliwości i czasem niedoścignionych marzeń, ale tak to już z ludźmi bywa, że doceniają to co dobre dopiero wtedy, gdy im tego zabraknie. Po całej dniówce w pracy, gdyby zaserwowano nam kolacje, umyto i włożono do łóżeczka, chyba byśmy takiego kogoś po rękach całowali. Ale dzidziuś ma inne zdanie na ten temat, co zazwyczaj komunikuje głośnym sprzeciwem. W końcu tyle ciekawych rzeczy jest do poznania i nauczenia się, trzeba rosnąć.
Wszystkim młodym rodzicom oraz tym, którzy w jakiś sposób planują powiększyć swoją rodzinę o potomka polecam lekturę komiksu "Baby Blues". I niczym Sienkiewicz pisał ku pokrzepieniu serc rodaków, tak radzę poczytać sobie takie lekkie i wesołe szorty komiksowe o zmaganiach młodych rodziców na zupełnie innej drodze życia przemierzanej na czworaka.
Żeby nie było, że to co tu pisze jest jakąś gehenną z której nie ma już powrotu. Przy takim bąbelku bywają cięższe chwile, ale wystarczy jeden uśmiech z bielutkimi niczym perły zębami lub pomachanie łapką i słowo "mama" lub "tata" a człowiekowi mięknie serce i wszystkie troski, smutki odpływają na daleki brzeg zapomnienia. Co z tego, że mieszkanie wygląda jak po eksplozji w fabryce zabawek, a ubranie przyozdobione jest zaciekami z mleka, śliny oraz śladami po rozmoczonym herbatniku. To wszystko nic. Wtedy zaczyna się widzieć sens własnego życia i powód, dla którego warto obudzić się następnego dnia. Każdy drobny sukces takiego młodego człowieka, cieszy bardziej niż własny, a porażka boli niczym najgorsza rana.
Jaki był ten pierwszy rok i te kolejne miesiące? Szalone, straszne, radosne, pełne śmiechu, a może płaczu?
W zasadzie wszystkiego po trochu. Pamiętam jak pierwszy raz wziąłem córeczkę na ręce, rozpłakałem się... ze szczęścia, a może ze strachu. Czy to teraz ważne? Wiedziałem, że ta malutka istotka pokłada cale swoje zaufanie w Laures i mnie, że liczy na nas, a my ze swojej strony staramy się zapewnić jej szczęśliwe, spokojne dzieciństwo oraz możliwość bezpiecznego badania otaczającego jej świata. Rodzice wiele potrafią poświecić dla swoich dzieci., a teraz rozumiem wiele rzeczy, które dawniej wydawały mi się fanaberiami moich rodziców.
Kinia, masz przed sobą wiele lat szczęśliwego życia, a teraz jest czas zbierania o świecie informacji i poznawania go. Przyszłość stoi przed Tobą otworem wraz ze wszystkimi swoimi możliwościami. Córeczko, nie spieprz tego !
Wszystkiego najlepszego Kochanie z okazji kolejnego dnia Twojego życia na tym świecie i by każdy kolejny rok Twego życia był jeszcze ciekawszy od poprzedniego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)